Medyczna marihuana zadomowiła się w Polsce na dobre. Pacjenci odbierają recepty z aptek, lekarze z większym lub mniejszym wyczuciem prowadzą kolejne terapie, a na półkach pojawiają się nowe susze i wyciągi. Dyskusja o stosowaniu konopi indyjskich już dawno wyszła z fazy: „czy w ogóle wypada to stosować w medycynie?”.

Obecnie pytanie brzmi inaczej: czy system opieki zdrowotnej chociaż na krok nadąża za tym, co od kilku lat dzieje się za zamkniętymi drzwiami gabinetów?

Najnowsze, wrześniowe badanie opublikowane w prestiżowym czasopiśmie Frontiers in Public Health przynosi odpowiedź, od której aż kręci się w głowie. Choć medyczna marihuana jest w Polsce legalna od niemal dekady, większość lekarzy wciąż deklaruje brak formalnej wiedzy na temat jej stosowania.

Ten problem przewidzieliśmy już w 2016 roku

Najciekawsze w nowym badaniu jest to, że opisywany przez naukowców problem wcale nie pojawił się nagle. Już dziesięć lat temu, kiedy w Polsce trwały prace nad dostępem do medycznej marihuany, proponowaliśmy rozwiązanie, które miało nie tylko umożliwić pacjentom terapię, ale również systematycznie budować wiedzę o jej stosowaniu.

Projekt napisany przez naszego legislacyjnego prawnika Jędrzeja Sadowskiego złożony w Sejmie 1 lutego 2016 roku zakładał utworzenie Narodowego Systemu monitorowania medycznego wykorzystania konopi. Miał powstać centralny rejestr terapii, system zbierania danych epidemiologicznych, informacji o skuteczności leczenia oraz działaniach niepożądanych. W projekt zaangażowane miały być również jednostki naukowe, które analizowałyby informacje pochodzące z rzeczywistej praktyki lekarzy.

Pomysł był prosty: skoro w przypadku konopi wciąż brakuje odpowiedzi na wiele pytań, nie wystarczy dopuścić je do stosowania i czekać, aż wiedza powstanie gdzieś indziej. Trzeba ją zbierać. Każdy lekarz prowadzący terapię miał dostarczać określone informacje do systemu, a działania niepożądane miały być raportowane i analizowane. Dane miały służyć nie tylko kontroli, ale również badaniom nad bezpieczeństwem, interakcjami i rzeczywistą skutecznością terapii. Projekt zakładał więc coś, czego brak wskazuje dziś nowe badanie: trwałe połączenie codziennej praktyki lekarza z systemem gromadzenia i wymiany wiedzy.

Ten model ostatecznie nie został przyjęty. W toku prac parlamentarnych przepisy tworzące Narodowy System zostały w całości zastąpione rozwiązaniem przygotowanym w Ministerstwie Zdrowia i przegłosowanym przez posłów PiS. Zamiast systemu monitorowania terapii Polska dostała przede wszystkim możliwość wprowadzania konopi do aptek jako surowca farmaceutycznego do sporządzania leków recepturowych.

Czy gdyby wprowadzono nasz model, dzisiejsze wyniki badania lekarzy wyglądałyby inaczej? Tego nie możemy wiedzieć. Nie mamy alternatywnej Polski, w której ustawa funkcjonowała przez ostatnią dekadę. Ale można zadać inne pytanie: jeżeli od 2017 roku działałby centralny system zbierający informacje o terapiach, skuteczności, dawkowaniu, działaniach niepożądanych i doświadczeniach lekarzy, a dane byłyby analizowane razem z jednostkami naukowymi, czy dzisiaj naprawdę startowalibyśmy z tego samego miejsca?

Być może nie. I właśnie dlatego wyniki najnowszego badania są dla nas trochę gorzkie. Dziesięć lat temu dyskusja nie dotyczyła wyłącznie tego, czy pacjent będzie mógł kupić cannabis w aptece. Chodziło także o to, jak państwo ma się na tej terapii uczyć. Ten element gdzieś po drodze zniknął.

Wracając do badania.

Wyobraźcie sobie sytuację: pośród 253 przebadanych w Polsce lekarzy aż 81% miało już bezpośredni kontakt kliniczny z medycznymi konopiami. Brzmi nieźle, prawda? Ale spójrzmy kawałek dalej. Zaledwie 13,4% z nich uznało, że ich oficjalne wykształcenie odebrane na uczelniach dało im do tego rzetelną podbudowę.

Ale prawdziwy wykrzyknik stawia jeszcze jeden szczegół. Gdzieś w gąszczu danych ukryła się informacja, że tylko 19 lekarzy – słownie: dziewiętnastu, czyli marne 7,5% całej grupy – kiedykolwiek oficjalnie zgłosiło działanie niepożądane po podaniu konopi.

Cóż, to wcale nie oznacza, że pozostali medycy coś zatajają czy zamiatają pod dywan. Nic z tych rzeczy! Badanie tego nie twierdzi. Obnaża jednak potężną, systemową wyrwę pomiędzy realną obecnością terapii w życiu pacjentów a naszym wspólnym przygotowaniem do monitorowania jej bezpieczeństwa.

Dlatego postanowiliśmy przyjrzeć się temu fenomenowi z bliska.

81% leczy, 13,4% wie, co robi. A 100% chce wiedzieć więcej

Za ten naukowy rentgen polskich gabinetów odpowiadają badacze z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu działający we współpracy z włoskim University Magna Graecia of Catanzaro. Ankiety zbierano od stycznia do kwietnia 2025 roku, wyciągając dane od 253 czynnych zawodowo lekarzy najróżniejszych specjalności.

Spójrzmy na ten bilans:

  • 81% – lekarzy deklaruje realny kontakt z terapią konopną w pracy.
  • 13,4% – czuje, że ma za sobą wystarczające wykształcenie akademickie w tym temacie.
  • 100% – absolutnie wszyscy z nich! – chce przejść dodatkowe, specjalistyczne szkolenia.

Ta ostatnia cyfra jest chyba najbardziej wymowna ze wszystkich.

Lekarze doskonale wiedzą, że nie mają w ręku prostej recepty na syropek na kaszel. Nie udają mądrzejszych niż są, nie machają ręką. Wręcz przeciwnie – z naszych rozmów ze środowiskiem medycznym wyłania się obraz ludzi, którzy po prostu łakną rzetelnej wiedzy i czują, że wrzucono ich na głęboką wodę.

Bo medyczna marihuana – powiedzmy to sobie głośno – to nie jest prosta sprawa.

W debacie publicznej wciąż ścierają się dwie absurdalne skrajności. Jedni mówią: „ee tam, to tylko bezgrzeszna roślinka z zielarni!”, a drudzy krzyczą z ambon: „to podstępny, niszczycielski narkotyk!”. Obie te narracje są o kant dupy potłuc, gdy lekarz siada naprzeciw żywego pacjenta z przewlekłym bólem czy stwardnieniem rozsianym.

Medyczne konopie to nie jest jeden powtarzalny lek z fabryki. To cała paleta odmian o rozmaitych proporcjach THC i CBD, z różnym profilem terpenowym, różnymi metodami podawania – od mikrodawkowania po waporyzację. Inaczej działa formuła z przewagą THC, zupełnie inaczej ekstrakt CBD. Dodajmy do tego titrację (czyli powolne dochodzenie do dawki optymalnej), potencjalne interakcje z lekami nasercowymi czy uspokajającymi i… mamy gotową łamigłówkę farmakologiczną.

Autorzy badania bez owijania w bawełnę wyliczają skutki uboczne, które mogą zaskoczyć pacjenta: zawroty głowy, senność, chwilowe luki w pamięci, lęki, nudności, tachykardia czy spadek ciśnienia przy wstawaniu. A przy końskich dawkach THC – także epizody psychotyczne u osób podatnych.

Czy to powód do paniki? Skądże! To po prostu dowód na to, że konopie trzeba traktować jak każdy inny silny lek na receptę. A farmakoterapia bez edukacji to jak jazda samochodem w nocy ze zgaszonymi światłami.

Farmakowigilancja – trudne słowo na bardzo prostą sprawę

Brzmi jak urzędniczy potworek z ustawy, prawda? Ale pod tą skomplikowaną nazwą kryje się coś absolutnie genialnego w swojej prostocie: system wczesnego ostrzegania o bezpieczeństwie leków.

Przecież nawet najbardziej rygorystyczne badania kliniczne przed wprowadzaniem leku na rynek nie wykryją wszystkiego. Bada się kilkaset, czasem kilka tysięcy osób w sterylnych warunkach. Prawdziwe życie zaczyna się wtedy, gdy preparat trafia do milionów ludzi o różnych genach, nawykach i chorobach towarzyszących. Wtedy wychodzą na jaw rzadkie interakcje.

Wtedy wkraczają lekarze i pacjenci, którzy powinni zgłaszać każde niepokojące zdarzenie. Co ważne – nie trzeba przedstawiać twardych dowodów naukowych, że to akurat konopie wywołały dany objaw! Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych (URPL) trzyma się złotej zasady: masz chociażby cień wątpliwości? Po prostu to zgłoś!

Zagadka 19 zgłoszeń

No i w tym momencie wracamy do naszych polskich realiów. Na 253 przebadanych medyków tylko 19 osób kiedykolwiek pofatygowało się, by wypełnić formularz zgłoszenia działania niepożądanego po konopiach.

Nagłówki w tabloidach aż się proszą: „Aż 92,5% lekarzy ukrywa powikłania po marihuanie!”.

Ale zaraz, wstrzymajmy konie – to byłaby czysta manipulacja. Badanie nie sprawdzało przecież, ilu z tych lekarzy w ogóle miało pacjenta, u którego wystąpił realny problem kwalifikujący się do raportu. Jeśli lekarz prowadzi pięciu pacjentów na małych dawkach i wszyscy czują się świetnie, to co ma zgłaszać?

Sami autorzy opracowania przestrzegają przed skrajnymi wnioskami. Mówią raczej o „systemowej ślepocie”: lekarze często nie łączą subtelnych objawów z konopiami, mylnie myślą, że muszą mieć 100% pewności przed wysłaniem formularza albo po prostu… nie mają pojęcia, jak ten formularz wypełnić.

Wiedza dramatycznie zmienia postawę

W badaniu wyszedł jednak jeszcze jeden fascynujący, niemal szokujący niuans.

Lekarze, którzy doskonale rozumieli cel i działanie farmakowigilancji, zgłaszali działania niepożądane zdecydowanie częściej niż ich nieświadomi koledzy. W czystych statystykach to aż 85,2% w porównaniu do zaledwie 11%! Gdy badacze przepuścili dane przez zaawansowane modele statystyczne, wyszło im, że wiedza o systemie podnosiła szansę na raportowanie blisko dwudziestosześciokrotnie (skorygowane OR = 24,71).

Ogromne znaczenie miał też fakt posiadania specjalizacji oraz praca w strukturach szpitalnych czy klinicznych.

Oczywiście, nie wyciągajmy z tego prostrackiego wniosku, że krótkie szkolenie nagle magicznie sprawi, iż lekarze zaczną masowo pisać raporty. To nie było badanie przyczynowo-skutkowe. Ale kierunek jest tak jasny, że aż bije po oczach: wiedza i praca w uporządkowanym środowisku medycznym całkowicie zmieniają podejście do bezpieczeństwa pacjenta. Sama praktyczna styczność z konopiami nie dawała takiego efektu.

Szpitalny rygor kontra samotność w prywatnym gabinecie

Warto nakreślić tu szersze tło polskiego rynku konopnego. W zaprezentowanym badaniu aż 53% lekarzy pracowało wyłącznie w prywatnych gabinetach.

I to właśnie tam występuje największa czarna dziura informacyjna. W dużym szpitalu klinicznym lekarz ma nad sobą ordynatora, obok farmaceutę szpitalnego, procedury, komitety terapeutyczne i stały kontakt z drukami urzędowymi. W prywatnym gabinecie lekarz zostaje sam na sam z pacjentem i kartką papieru.

A przecież wiedzą Państwo doskonale, gdzie trafia zdecydowana większość polskich pacjentów szukających recepty na medyczną marihuanę… Dokładnie tak, do prywatnego sektora.

Receptomaty pod lupą, a edukacja leży?

Ministerstwo Zdrowia od listopada 2024 roku dokręciło śrubę, wprowadzając nakaz osobistego badania pacjenta przed pierwszym wystawieniem recepty na konopie. Miało to ukrócić patologię tzw. „receptomatów”, gdzie recepta wpadała do skrzynki po kliknięciu ankiety i opłaceniu przelewu.

Można dyskutować, czy te przepisy rozwiązały problem, czy tylko utrudniły życie schorowanym ludziom z małych miasteczek. Ale badanie z Poznania pokazuje, że rządy skupiają się na niewłaściwym końcu kija.

Samo dokręcanie śruby przy receptach to tylko pusta biurokracja. Jeśli równolegle nie damy lekarzom rzetelnego, akademickiego systemu kształcenia z zakresu kannabinoidów, dawkowania i zgłaszania powikłań, cały ten rygor prawny pęknie jak bańka mydlana. Skoro tylko 13,4% czuje się dobrze przygotowanych do tematu, to mamy do czynienia z systemową suszą wiedzy.

Spojrzenie bez różowych okularów: ograniczenia badania

Żeby być w pełni uczciwym i nie popaść w „akademie ku czci” (czyli w bezkrytyczną laurkę), musimy jasno powiedzieć sobie jedno: to badanie ma swoje ograniczenia i autorzy otwarcie o nich piszą.

253 lekarzy to zaledwie promil środowiska w Polsce. Próba nie była losowana z państwowego rejestru – ankieta krążyła po sieci, szpitalach i grupach zawodowych (tzw. próba dogodnościowa). Przez to na pytania mogły częściej odpowiadać osoby, które tematem konopi po prostu już się zajmują.

Dodatkowo, badana grupa była stosunkowo młoda (ponad 86% przed czterdziestką) i z krótkim stażem pracy. Pytano ich o subiektywne poczucie wiedzy, a nie egzaminowano z farmakologii.

Ale czy to przekreśla te wyniki? Bynajmniej! Jeśli nawet w grupie młodych, ambitnych i otwartych lekarzy, mających na co dzień kontakt z konopiami, tylko co siódmy uważa swoje wykształcenie za wystarczające – to znak, że alarmująco czerwona lampka już nie tylko miga, ale świeci pełnym światłem.

Mniej walki plemiennej, więcej twardej wiedzy

My jako Stowarzyszenie Wolne Konopie już na samym początku – jeszcze na etapie prac nad pierwotnym projektem ustawy o medycznej marihuanie – dokładnie przewidzieliśmy ten problem.

W naszej wersji projektu ustawy zapisaliśmy twardy obowiązek prowadzenia przez Ministerstwo Zdrowia systematycznych szkoleń dla lekarzy oraz bezwzględne wprowadzenie obligatoryjnych modułów z zakresu terapii kannabinoidowej na uczelniach medycznych.

Co więcej, domagaliśmy się stworzenia ogólnopolskiego systemu monitorowania działań niepożądanych I POŻĄDANYCH, który stanowiłby dla lekarzy potężną, państwową bazę wiedzy klinicznej w czasie rzeczywistym.

Co z tym zrobiono? Wszystkie te kluczowe, pro-pacjenckie i edukacyjne zapisy wykreślono z projektu gumką.

Zamiast systemowego wsparcia dla lekarzy i pacjentów, stworzono ustawę skrojoną pod czysty biznes i interesy pomiędzy wielkimi producentami farmaceutycznymi a Ministerstwem Zdrowia. Efekty tej krótkowzroczności i urzędniczego lenistwa wychodzą na jaw właśnie dzisiaj – po latach funkcjonowania prawa, w którym edukację medyków po prostu porzucono.

Z wyników tego badania łatwo byłoby ukręcić populistyczny bat na lekarzy i krzyczeć: „Lekarze przepisują leki, o których nie mają pojęcia!”.

Byłoby to jednak potężne nadużycie. Badanie w żaden sposób nie oceniało przecież jakości leczenia ani tego, czy pacjentom stała się jakakolwiek krzywda.

Płynie z niego zupełnie inny, niezwykle dojrzały wniosek. Jeśli chcemy wprowadzić medyczną marihuanę do kanonu cywilizowanej medycyny, musimy zacząć wymagać od niej dokładnie tego samego, czego wymagamy od antybiotyków, kardiologicznych leków na ciśnienie czy chemioterapii. Lekarz musi precyzyjnie wiedzieć:

  • kiedy konopie pomogą, a kiedy zaszkodzą,
  • jak dobrać odpowiednią odmianę i dawkę pod konkretny problem,
  • jak wychwycić interakcje z innymi lekami pacjenta,
  • i jak zareagować oraz gdzie zgłosić, gdy pojawi się niepokojący objaw.

Czas skończyć dziecinną wojnę ideologiczną pomiędzy „entuzjastami zioła” a „konopnymi sceptykami”. Potrzebujemy po prostu rzetelnej nauki na uniwersytetach medycznych.

Liczba, która daje największą nadzieję

Na koniec zostawiłem informację, która w tym całym gąszczu statystyk brzmi najpiękniej – 100%.

Każdy – bez wyjątku! – z 253 przebadanych lekarzy wyraził chęć udziału w profesjonalnych szkoleniach z zakresu medycznych konopi.

To wspaniała wiadomość. Polscy lekarze nie uciekają od tematu, nie chowają głowy w piasek i nie udają, że problem nie istnieje. Oni po prostu chcą dobrze wykonywać swoją pracę, tylko system zapomniał dać im do ręki odpowiednie narzędzia.

Medyczna marihuana nie jest już egzotyczną nowinką z Ameryki. Jest tu i teraz, w aptece za rogiem. Może więc najwyższy czas, aby ministerstwo i uczelnie medyczne przestały udawać, że tego tematu nie ma w programach studiów?

Czas na powrót do wniosków sprzed lat

Wyniki badania opublikowane w Frontiers in Public Health jednoznacznie dowodzą, że sama komercjalizacja rynku i obecność suszu w aptekach to za mało. Dostępność lekowa bez zaplecza edukacyjnego tworzy próżnię, na której cierpią zarówno lekarze pozbawieni wytycznych, jak i pacjenci szukający fachowej opieki.

Polska potrzebuje kompleksowych zmian edukacyjnych – wprowadzenia układu endokannabinoidowego do programów nauczania na uczelniach medycznych, podyplomowych kursów certyfikowanych oraz reaktywacji pomysłu państwowego monitorowania i zbierania doświadczeń klinicznych. Czas najwyższy, aby decydenci wyciągnęli wnioski z lekcji, którą odrobiliśmy już dekadę temu.

A Państwo jak uważają – czy Wasz lekarz rodzinny byłby dziś w stanie poprowadzić bezpieczną terapię konopną, czy raczej odesłałby Was z kwitkiem? Czekam na Wasze opinie w komentarzach!

Źródło: Frontier

Nasz pierwotny projekt ustawy o Medycznej Marihuanie

ustawa-wolne-konopie-medyczna-marihuana

Narodowy system monitorowania obrotu produktów konopi do celów medycznych – propozycja modelu

Index_Scientia_Cannabis_1

Jakub Gajewski
Zaobserwuj
Postaw nam kawę
Postaw mi kawę na buycoffee.to
Patronite
0 Komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

Sadzić, Palić, Zalegalizować! | WolneKonopie.org © 2026 - Made on blunt. - underground: BTC: 17NmuD6sAUWSMaRREHMhdavVu4pse2U5Vh ETH: 0xb8e9b131bc5a3e06e3a87ad319f5e5b9b1f9ed16
  • Partnerzy

  • Dowiedz się jak tu trafić. 

  • lub

    Zaloguj się używając swojego loginu i hasła

    Nie pamiętasz hasła ?

    Przejdź do treści