Andrzej Dołecki mówi, że skłonności do buntu wyniósł z domu. Dziadek walczył z Niemcami w partyzantce, ojciec z komunistami w opozycji, a on walczy z państwem w Inicjatywie Wolne Konopie. Walczy o prawo do skręta. Bo w Polsce za posiadanie nawet bardzo małej ilości trawki można trafić do więzienia na trzy lata. – Najzabawniejsze jest to, że jesteśmy

organizacją, która mimo leserstwa, tego, że olewamy wszystko, palimy gandzię i ciągle o czymś zapominamy, potrafi zorganizować największe protesty w kraju – mówi Dołecki, oficjalnie rzecznik Inicjatywy. – Dla najbardziej aktywnych działalność w Wolnych Konopiach to najważniejsza praca. Do drugiej chodzimy, żeby mieć co jeść, co palić i opłacić mieszkanie – opowiada.

Polityczny dym
Koniec maja, Warszawa. Na placu Bankowym ponad 12 tysięcy uczestników Marszu Wyzwolenia Konopi domaga się legalizacji marihuany. Na platformie Janusz Palikot chwyta mikrofon i chce zrobić to, co politycy lubią najbardziej – wygłosić przemówienie. Jednak do tłumu, dla którego politycy są gorsi od policjantów, lepiej niż słowa trafiają gesty. Tłum skanduje: „Dajcie buszka dla Januszka”, a po chwili podawana z rąk do rąk fifka dociera do polityka. Podobno marny towar. Wieje wiatr, Palikot, który nigdy w życiu nie palił, ma ze złapaniem macha trochę problemów. Ale przecież nie chodzi o to, żeby Palikot miał odlot. Chodzi o to, żeby przekonał do siebie tłum, który pomoże mu dojść do władzy.

Marihuana, traktowana do tej pory najczęściej z przymrużeniem oka, w kampanii wyborczej odegrała jedną z głównych ról. Palikot tuż przed wyborami zapowiedział, że legalizacja trawki będzie jednym z trzech warunków ewentualnej koalicji. Nie przypadkiem jako pierwszy dostrzegł w miłośnikach tej używki potężny elektorat. Według badań SMG/KRC do spróbowania marihuany w grupie wiekowej 15-24 stanowiącej trzon wyborców Palikota przyznało się 16 proc. A nie wszyscy chcą się do zielonego listka przyznawać. Według szacunków specjalistów trawkę regularnie pali w Polsce dwa do trzech milionów obywateli.
– Od lat kręcimy się pod Sejmem i nikt nie chce nas do niego wpuścić. Pomyśleliśmy więc, że wejdziemy głównym wejściem – mówi Andrzej Dołecki.

Ostatni idealiści

Jakub „Siou” Gajewski, aktywista Wolnych Konopi z Dolnego Śląska, absolwent architektury przestrzeni: – Dziesięć lat temu byliśmy bandą gnojków, którzy naklejali wlepki, pisali listy, robili happeningi i chcieli walczyć z systemem. Nie mieliśmy kasy, media w ogóle nie interesowały się tematem. Bawiliśmy się w rewolucję – opowiada. Ich działania nie skutkowały żadnymi zmianami w prawie, ale coraz odważniejsze akcje przynosiły im popularność. W przyczepie kempingowej pod Sejmem uprawiali marihuanę, zanieśli marszałkowi Schetynie placek z haszyszem, który miał przyspieszyć prace nad liberalizacją prawa.

Kiedy prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz zabroniła zorganizowania w stolicy demonstracji (później sąd uznał, że zrobiła to bezprawnie), protestowali pod Sejmem podzieleni na grupy do 15 osób każda, oddzielonych od siebie o 50 metrów tak, żeby nie podpadać o przepis o nielegalnym zgromadzeniu. Zasypywali premiera, prezydenta i wszystkie możliwe urzędy setkami pism, prowadzili akcję Otwarta Pestka, rozdając chętnym ponad 100 tys. nasion do hodowli marihuany (nasiona nie są zakazane), pojawili się w ONZ w Wiedniu na debacie o narkotykach przebrani w więzienne pasiaki. Wydali poradnik konsumenta „Zielona teczka”, w którym na kilkudziesięciu stronach doradzali, jak zachowywać się w przypadku zatrzymania z trawką, żeby uniknąć aresztowania.

Organizowane co roku w maju Marsze Wyzwolenia Konopi gromadzą ponad 10 tys. osób. W XXI wieku nikt nie potrafił w Polsce wyprowadzić na ulicę większej liczby ludzi. – Nawet marsze gejów i górników mają kilkakrotnie mniejszą frekwencję. Jesteśmy coraz sprawniejsi, bo ludzie, którzy 10 lat temu to zaczynali, byli zakręconymi małolatami, a dziś
są poważnymi biznesmenami, właścicielami firm albo przedsiębiorcami. Przy okazji walki o legalizację stworzyliśmy rynek dla takich jak my. Sam łączę przyjemne z pożytecznym i prowadzę sklep ogrodniczy, ktoś inny sprzedaje nasiona albo akcesoria do palenia – opowiada Jakub Gajewski.

Niektórzy na co dzień zajmują się jednak pracą, w której nie ma ani grama zioła. Stanisław Przymiotnik (pseudonim przyjęty na potrzeby marihuanowej działalności) jest dyrektorem w firmie marketingowej. Nie chce podawać nazwiska, bo publiczne przyznanie się do palenia skrętów dla niektórych klientów może być nie do przełknięcia. Bliżsi znajomi do jego działalności już się przyzwyczaili i jak mówi, traktują go jak harcerzyka, który po wyjściu z biura robi rewolucję. Od zawsze interesował się działalnością antysystemową. Wolne Konopie wciągnęły go, bo dawały możliwość realnego działania. – To jedna z ostatnich grup prawdziwych idealistów. Moglibyśmy spokojnie palić sobie w domach i nie sprowadzać na siebie problemów. Ale nie mogę zaakceptować tego, że skończyłem dwa kierunki studiów, rozwijam się zawodowo i nie robię nikomu krzywdy, a mogę trafić do więzienia tylko za to, że po pracy lubię zapalić jointa – mówi.

Jedyne, co ich łączy, to marihuana. Na corocznych marszach hasło: „Sadzić, palić, zalegalizować” zgodnie wykrzykuje pełen przekrój społeczny: osiedlowi dresiarze, lewicowi anarchiści, hiphopowcy, profesorowie uniwersytetów, biznesmeni i rastafarianie. Jacek Charmast z Polskiej Sieci Polityki Narkotykowej, skupiającej terapeutów, lekarzy, prawników i pedagogów, mówi, że nie da się ocenić działalności Wolnych Konopi w kategoriach dobra i zła. – Oni mają wewnętrzny przymus działania. Szkoda, że przy okazji promują nielegalne substancje psychoaktywne, ale ktoś w nich taką reakcję wywołał. Czują się oszukani, bo dzieciak złapany ze skrętem w kieszeni traktowany jest dziś gorzej niż pijany kierowca – mówi. Według badań PSPN 90 proc. zatrzymanych we wszystkich sprawach narkotykowych to ludzie, którzy mieli przy sobie mniej niż trzy gramy marihuany. – Przepisy, które miały uderzać w dilerów i narkotykowe mafie, robią kryminalistów ze zwykłych dzieciaków. Są niedostosowane do realiów – dodaje Charmast.

Działacze Wolnych Konopi z tych przepisów od lat jednak kpią. Prawie każdy z aktywistów spędził trochę czasu w areszcie albo ma w kartotece wyrok za posiadanie nielegalnych substancji. Toczona od lat zabawa w kotka i myszkę z policją przybrała na sile w maju, kiedy Janusz Palikot oficjalnie ogłosił, że pójdzie do wyborów z Wolnymi Konopiami. – W dniu marszu policjanci zrobili nalot na trzy nasze lokale. Ciężarówki z platformami i nagłośnieniem nie zostały wypuszczone z parkingu, a policjanci zabierali kierowcom dowody rejestracyjne z błahych powodów – opowiada Dołecki. Jego samego funkcjonariusze zatrzymali z 400 gramami marihuany. Mimo tak dużej ilości adwokatom udało się go wyciągnąć po kilku dniach z aresztu. Teraz czeka na sprawę i trochę żałuje, że nie był w areszcie w czasie wyborów. – Byłem kandydatem na posła. Gdybym startował zza krat, dostałbym się na pewno. Nawet anarchiści poszliby do urn, żeby zrobić państwu psikusa – śmieje się.

Ganja Realpolitik
Z list Ruchu Palikota wystartowało 27 działaczy Wolnych Konopi. Prawie wszyscy z numerem 7 na liście, żeby przepalonym wyborcom łatwiej było zapamiętać, na kogo głosować. Do Sejmu dostał się tylko Michał Kabaciński z Lublina. Startował z drugiego miejsca, bo był zaangażowany w tworzenie struktur partii Palikota jeszcze przed działalnością w Wolnych Konopiach. – Dla nas to i tak ogromny sukces. Mamy w Sejmie jednego posła oraz 39 innych, którzy mają wpisane w program nasze postulaty. Połowa z nich nic z tego nie kuma, ale w przyszłym tygodniu robimy dla nich szkolenie, żeby mieli merytoryczną wiedzę na temat problemu – mówi Jakub Gajewski.

Nie mają złudzeń co do świata polityki. O mariażu z Januszem Palikotem mówią, że to biznes korzystny dla obu stron. – Zdajemy sobie sprawę, że Palikot na nas zarobił, ale my też na tym korzystamy, bo w końcu ktoś głośno mówi o problemie. Nie porywamy się na legalizację. Zależy nam na depenalizacji, czyli możliwości posiadania do 30 gramów i trzech krzaków marihuany na własny użytek. Musimy na chłodno realizować nasze konopne realpolitik. Niech Palikot mówi głośno o legalizacji, a kiedy potem przedstawi program z depenalizacją, PO będzie mogła powiedzieć, że ucywilizowała jego szalone pomysły i łatwiej zaakceptuje nasz projekt – tłumaczy taktykę Dołecki.

Mimo wejścia w poważny świat polityki nie zamierzają zamieniać T-shirtów na garnitury i rezygnować z dotychczasowej walki z liściem konopi na sztandarach. Nawet gdyby chcieli, trudno będzie im się z tego wycofać. Jakub Gajewski, który czeka na rozprawę w sądzie za posiadanie: – Mój ojciec, były policjant, mówi, że jestem głupi i w końcu przez ten idealizm wyląduję w więzieniu. Jasne, że bym nie chciał, ale nie potrafię już teraz zrezygnować. Wolne Konopie są jak narkotyk. Robienie rewolucji uzależnia bardziej niż palenie trawki.

ŹRÓDŁO:

Newsweek

0 Komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*

Sadzić, Palić, Zalegalizować!        |        WolneKonopie.org © 2019  -  "Made on blunt." -  underground.