W Polsce walka z użytkownikami marihuany wciąż opiera się na magii liczb, a nie na faktach, zdrowym rozsądku i proporcjach. Poniższy przypadek Marcina (imię zmienione) pokazuje patologię systemu, w którym prokurator, działając z „za biurka”, potrafi wykreować „barona narkotykowego” z kogoś, kto w domowym zaciszu uprawiał jedną roślinę na użytek własny. Zaznaczamy przy tym, że mniej uprawiać się nie da, a ta sprawa nie jest jednostkową pomyłką prokuratora, lecz elementem powtarzalnego mechanizmu wymierzania „sprawiedliwości” w oparciu o statystykę, a nie realia sprawy.

Statystyka ponad logiką

W aktach sprawy Marcina (udostępnione nam przez oskarżonego) czytamy o „porażającej ilości”: ponad 1,6 kg zabezpieczonej substancji, co dla osób nieznających realiów tej rośliny brzmi jak przemyt, magazyn albo hurt. Tylko że ta liczba nie mówi prawdy o tym, co Marcin faktycznie posiadał.

Z dokumentów wynika bowiem, że do wagi „środka odurzającego” doliczono wszystko, co zielone i roślinne, czyli liście oraz twarde łodygi, które w praktyce nie są marihuaną, lecz odpadem lub biomasą.

W tabeli widnieją konkretne wartości, które mówią więcej niż sensacyjne sformułowania w aktach sprawy: kwiatostan ok. 63 g, liście ok. 744 g, łodygi ok. 523 g. Innymi słowy, realnego surowca „użytkowego” (kwiatu) jest zaledwie ułamek tego, co system próbuje sprzedać jako „znaczną ilość”.

To tak, jakby oskarżyć kogoś o posiadanie „tony alkoholu”, bo znaleziono u niego butelkę piwa, a resztę masy doliczono, wrzucając do rachunku szkło, kapsle i skrzynki.

Poniżej, na podstawie tej sprawy, pokazujemy mechanizmy systemowej niesprawiedliwości, które pozwalają „wyprodukować” winę i zawyżyć ciężar zarzutów poprzez żonglowanie liczbami – dzieje się to kosztem rzetelności, standardów dowodowych oraz elementarnego dobra obywatela, który w takiej procedurze staje się wyłącznie pozycją w statystyce. Zaznaczamy też, że „ugoda” wynegocjowana po „ciężkich bojach” z prokuratorem oznaczała rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na 3 lata oraz 20 tys. zł grzywny – i to wszystko w sprawie dotyczącej jednej rośliny!

Problem nr 1: „Znaczna ilość” bez definicji to nic innego jak dowolność i loteria

Najbardziej niebezpieczne w tej historii jest to, że polskie prawo operuje pojęciami, które brzmią poważnie, ale w praktyce okazują się gumowe – jednym z nich jest właśnie „znaczna ilość”.

W ustawie nie ma jednej, jasnej granicy, od której zaczyna się „znaczna ilość”, a konsekwencją jest loteria regionalna zależna od interpretacji organów ścigania i konkretnego prokuratora, nierzadko filtrowanej przez jego osobiste podejście do spraw „narkotykowych”. Ten sam stan faktyczny w jednym mieście potrafi skończyć się umorzeniem, w innym aktem oskarżenia i ciężkim zarzutem. W takim wypadku obywatel nie ma gwarancji równego traktowania, bo o jego losie decydują geografia i uznaniowość, a nie przewidywalne prawo.

To systemowa nierówność wobec prawa w czystej postaci, a zarazem defekt państwa, z którym od ponad 26 lat nikt realnie nic nie zrobił, mimo setek tysięcy spraw i wyroków wydanych na podstawie tej samej nieostrości.

Problem nr 2: „Masa brutto” zamiast realnej substancji psychoaktywnej

W sprawach konopnych w Polsce często nie liczy się to, co ma znaczenie (realny surowiec i realne stężenia), tylko to, co dobrze wygląda w papierach i statystykach, czyli masa brutto biomasy roślinnej.

W polskim prawie karnym kluczowe jest przy tym pojęcie „ziela konopi innych niż włókniste”, które ustawa definiuje bardzo szeroko – jako każdą naziemną część rośliny (z wyłączeniem nasion) spełniającą kryterium THC/THCA. W praktyce pozwala to organom ścigania wliczać do „narkotyku” również liście i łodygi, choć użytkowo i farmakologicznie nie mają one tego samego znaczenia co kwiatostan.

W efekcie dodawanie do kwiatostanu łodyg i liści staje się – formalnie zgodnym z ustawą – narzędziem gnębienia obywatela, które sztucznie pompuje wynik, podnosi kwalifikację czynu, zwiększa grożącą karę, uzasadnia środki zapobiegawcze oraz „robi robotę” w komunikatach prasowych służb, ponieważ zanim jeszcze kogokolwiek uzna się winnym, całe miasto potrafi już „wiedzieć”, że zatrzymano barona narkotykowego.

Co istotne, sąd nie zawsze rozbija taki materiał dowodowy z urzędu na części pierwsze. Jeżeli biegły nie opisze jednoznacznie, że znaczną część masy stanowi biomasa (liście i łodygi), a obrona nie złoży wniosków o doprecyzowanie opinii ani nie zakwestionuje sposobu liczenia masy, postępowanie może oprzeć się na uśrednionych liczbach i uproszczeniach, a konsekwencje dla oskarżonego bywają wówczas nieporównywalnie poważniejsze, niż wynikałoby to z realiów sprawy. Tak stało się w przypadku Marcina, gdzie zabrakło rzetelnego poprowadzenia obrony i jednoznacznego postawienia sprawy w kategoriach dowodowych, a mimo to koszty obsługi prawnej i opinii biegłych okazały się dla niego i dla podatnika bardzo wysokie.

Tymczasem w świecie realnym każdy wie, że łodyga to nie narkotyk, a liść – w większości przypadków – nie jest surowcem, który ktokolwiek kupuje jako „towar”. To biomasa, którą system wlicza po to, aby liczby były większe i lepiej wyglądały w aktach. Jeżeli państwo chce karać za substancje psychoaktywne, powinno oceniać realną ilość substancji psychoaktywnej (THC) albo przynajmniej realny surowiec (kwiat), a nie wagę zielonych resztek.

Czy Marcin jest dilerem ?


Marcin nie jest dilerem i wszystko w tej sprawie na to wskazuje, bo nie ma tu żadnych typowych elementów obrotu, które zwykle pojawiają się przy handlu. Nie znaleziono wag ani sprzętu do porcjowania, nie było woreczków strunowych, „działek” czy gotowych porcji, nie zabezpieczono dużej gotówki, nie ma listy klientów ani jakichkolwiek dowodów sprzedaży, a także nie ujawniono niczego obciążającego w zatrzymanym telefonie. Dowodem jest tylko jedna roślina znaleziona w piwnicy. Mamy natomiast człowieka, który uprawiał jedną roślinę na własny użytek, mimo to państwo uruchomiło pełną machinę, jakby zatrzymano członka zorganizowanej grupy przestępczej.

Problem nr 3: Metodologia próbkowania i homogenizacja – uśrednianie, które może wypaczać obraz sprawy

W dokumentacji sprawy wprost wskazano, że próbkę reprezentatywną zhomogenizowano w całości, a następnie pobrano z niej podpróbkę do badań szczegółowych – to ważne, bo oznacza, że analiza chemiczna nie dotyczyła wyłącznie kwiatostanu, lecz uśrednionej mieszanki obejmującej różne części rośliny.

Z jednej strony homogenizacja jest standardową procedurą laboratoryjną, z drugiej jednak rodzi kluczowy problem dowodowy: mieszanie frakcji o różnym przeznaczeniu i odmiennym profilu kannabinoidowym (kwiatostan vs liście vs łodygi) może prowadzić do wyników, które nie oddają realnego znaczenia poszczególnych części zabezpieczonego materiału.

W praktyce wygląda to tak, że kwiatostan jest frakcją użytkową i zwykle zawiera najwyższe stężenia THC, przez co jego udział w podpróbce może istotnie wpływać na wynik i „podbijać” go nawet powyżej progu 0,3%.

Liście i łodygi natomiast w większości przypadków nie są „towarem”, mają inne parametry, a ich masowe doliczanie służy przede wszystkim pompowaniu liczby w aktach. Wynik z homogenatu staje się więc średnią, która zaciera różnicę między tym, co realnie „działa” i jest używane, a tym, co w dużej mierze pozostaje biomasą.

Dlatego w sprawach, w których zarzut opiera się na „znacznej ilości” i na masie całkowitej, kluczowe jest, by jasno wykazać:

  • po pierwsze, jak pobrano próbkę reprezentatywną i czy była ona pobrana proporcjonalnie do całego materiału.
  • po drugie, czy wykonano lub można wykonać oddzielną analizę kwiatostanu oraz – osobno – liści i łodyg.
  • po trzecie, czy wnioski organów ścigania nie opierają się na uproszczeniu, że „wszystko zielone = marihuana”.

Tu toczy się spór o rzetelność, ponieważ państwo nie powinno budować ciężkich zarzutów na liczbach wynikających z uśredniania całej biomasy, zamiast na ocenie tego, co faktycznie ma znaczenie użytkowe i dowodowe.

Problem nr 4: środki zapobiegawcze jako kara przed wyrokiem

W tej historii szczególnie uderzające są środki zapobiegawcze, które w praktyce zaczynają działać jak kara, zanim ktokolwiek cokolwiek udowodni. Dozór policyjny sześć razy w tygodniu nie jest w takich realiach „zabezpieczeniem procesu”, lecz formą nacisku, która ma człowieka złamać samą procedurą. Problem polega na tym, że ten nacisk dotyka osoby formalnie niewinnej, nieskazanej żadnym wyrokiem, a mimo to zmuszonej do funkcjonowania w warunkach skrajnie utrudniających normalne życie.

W praktyce oznacza to paraliż życia zawodowego i realne ryzyko utraty pracy, bo codzienne meldowanie się na komendzie trudno pogodzić z etatem czy prowadzeniem działalności. Represja ta oznacza też narastające koszty i stres, stałą stygmatyzację w miejscu zamieszkania oraz ograniczenie zwykłego funkcjonowania – od planowania dnia po relacje rodzinne.

Problem nr 5: „ugoda” jako mechanizm produkcji wyroków

W normalnym świecie adwokat walczy o prawdę – domaga się oddzielenia kwiatostanu od biomasy, kwestionuje fikcyjną „znaczną ilość”, pilnuje proporcji, standardów dowodowych i tego, by wyrok nie był oparty na statystyce, tylko na faktach. W praktyce bywa jednak odwrotnie, bo część obrońców zachowuje się jak asystenci prokuratora, proponując klientom „ugodę” przedstawianą jako sukces wywalczony „po ciężkich bojach”, choć w rzeczywistości jej warunki bywają rażąco niewspółmierne do realiów czynu.

Takie ugody mają dawać spokój, a w praktyce zostawiają człowieka z wyrokiem w zawieszeniu, wysoką grzywną, wpisem do rejestru karnego i piętnem „poważnego przestępcy narkotykowego”. To nie jest sprawiedliwość, tylko transakcja, w której prokurator domyka statystykę, obrońca zamyka sprawę jak najszybciej, a klient dostaje złudzenie, że „uniknął najgorszego”, choć konsekwencje będą się za nim ciągnęły latami.

W tej sprawie szczególnie widać bezradność i wygodę po stronie obrony oraz urzędniczą logikę prokuratury, która zamiast rzetelnie ocenić materiał i proporcje, realizuje cel proceduralny – utrzymać ciężką kwalifikację, doprowadzić do przyznania się i postawić „kropkę” w systemie. Tyle że ta kropka jest stawiana na życiu obywatela, którego państwo powinno chronić przed nadużyciami, a nie traktować jak narzędzie do poprawiania wyników.

Co więcej, w tej sprawie wciąż istnieje (9 marca 26 roku jest rozprawa) realna przestrzeń do walki o rozwiązanie adekwatne do okoliczności, choćby o warunkowe umorzenie postępowania, jednak przez nierzetelne poprowadzenie obrony i utrzymywanie narracji „znacznej ilości” Marcinowi grozi dziś eskalacja konsekwencji, a przy wyborze pełnej rozprawy – w skrajnym scenariuszu – nawet realna odsiadka.

Problem nr 6: skutki „niewinnej” sprawy są katastrofalne


Wielu ludziom wciąż się wydaje, że „zawiasy i grzywna” to jest lekki wyrok. Nie jest, bo w praktyce taki wyrok potrafi działać jak cywilizacyjny stempel na lata. Oznacza blokadę zawodów, w których wymagana jest niekaralność, bywa równoznaczny z utratą licencji, uprawnień czy koncesji, potrafi komplikować sprawy rodzinne i opiekuńcze, zostawia długotrwałe piętno społeczne, a do tego generuje stały lęk, koszty oraz życie „pod warunkami”. To nie jest żadna rescojalizacja, edukacja ani profilaktyka, tylko systemowe niszczenie człowieka.

Priorytety państwa: łatwe statystyki zamiast realnych zagrożeń


Najbardziej absurdalne w tym wszystkim jest to, że ściganie „jednego krzaka” bywa po prostu łatwiejsze niż ściganie realnej przestępczości, takiej jak przemoc, przestępczość gospodarcza, korupcja czy prawdziwy handel narkotykami wysokiego ryzyka. Tam trzeba pracy operacyjnej, dowodów, czasu i determinacji, a tutaj wystarczy wejście, zabezpieczenie rośliny i gotowa „statystyka”. Tyle że to pierwsze daje szybkie „wyniki”, zdjęcia, komunikaty i tabelki, więc system – zamiast koncentrować się na zagrożeniach często znęca się nad użytkownikami, bo to się po prostu lepiej spina w papierach.

Co trzeba zmienić, żeby historia Pawła nie była normą

Jeżeli państwo chce być sprawiedliwe, musi wreszcie ustanowić prawo, które będzie przewidywalne, proporcjonalne i równe dla wszystkich, a nie oparte na uznaniowości i „magii liczb”. Potrzebujemy jasnych reguł, które zakończą tę patologię.

Po pierwsze, konieczne są jasne progi i wytyczne (np. do 10 g) dla prokuratorów, aby skończyć z loterią regionalną i sytuacją, w której to samo zachowanie w jednym miejscu kończy się umorzeniem, a w innym ciężkim aktem oskarżenia.

Po drugie, trzeba wprowadzić obowiązkowe rozdzielanie materiału dowodowego na kwiatostan i resztę biomasy oraz rzetelne uwzględnianie tego w kwalifikacji czynu, zamiast automatycznego wrzucania wszystkiego do jednego worka.

Po trzecie, standard badań powinien opierać się na realnych stężeniach i realnym surowcu, a nie na „zielonej masie”, która służy jedynie pompowaniu liczb w aktach.


Równolegle należy ograniczyć stosowanie środków zapobiegawczych, które dziś zbyt często pełnią funkcję kary bez wyroku, a także prowadzić rozsądną politykę karną, w której ściga się realny handel i faktyczną przestępczość, zamiast ludzi z jednym krzakiem. Pamiętajmy też o proporcjach: szkodliwość marihuany jest relatywnie niska, a więc czyny z nią związane – zwłaszcza dotyczące własnego użytku – powinny być traktowane jako sprawy o niskiej wadze, w których reakcja państwa nie może być drakońska, lecz możliwie łagodna i racjonalna.

Nie zgadzamy się na takie traktowanie ludzi, bo jeden krzak to nie plantacja, a łodyga to nie narkotyk. W Polsce wciąż produkuje się „przestępców” z normalnych obywateli nie dlatego, że są groźni, tylko dlatego, że system potrzebuje liczb i statystyk.

Jakub Gajewski
Postaw nam kawę
Postaw mi kawę na buycoffee.to
0 Komentarzy

Napisz komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

Sadzić, Palić, Zalegalizować! | WolneKonopie.org © 2021 - Made on blunt. - underground: BTC: 17NmuD6sAUWSMaRREHMhdavVu4pse2U5Vh ETH: 0xb8e9b131bc5a3e06e3a87ad319f5e5b9b1f9ed16
lub

Zaloguj się używając swojego loginu i hasła

Nie pamiętasz hasła ?

Skip to content