Kontynuujemy analizę wypowiedzi w podcaście Cypriana Majchera pana Mariusza Jędrzejki, rozkładając kolejne cytaty na czynniki pierwsze. Nagromadzenie uproszczeń, mieszanie faktów z interpretacjami i swobodne operowanie analogiami sprawiają, że w wypowiedziach Pana doktora powstaje chaos informacyjny.
Zamiast precyzyjnych definicji i odniesień do badań dostajemy skróty myślowe, które wywołują wrażenie spontanicznej i emocjonalnej narracji, a nie uporządkowanej analizy.
Zapraszamy do drugiej części tekstu, w której przyglądamy się kolejnym tezom i sprawdzamy, jak mają się one do aktualnej wiedzy naukowej.
Część pierwsza dostępna jest TUTAJ
Gdy diagnoza obala własne wnioski
Czyli jeśli byśmy mieli tą taką marihuanę, którą znamy historycznie, to why not? To możemy otwarcie dyskutować. Ale jeśli mamy tak silny produkt uzależniający, to musi budzić to nasz niepokój. Niepokój ze względu na kondycję. Ale to też czarny rynek powoduje to, że my nie możemy znaleźć źródła, które jest laboratoryjnie przebadane ze względu na to, że takie substancje na dzień dzisiejszy są nielegalne. Ta dyskusja trwa już około dwudziestu lat. No i od tego mamy powołane Krajowe Biuro Przeciwdziałania Uzależnieniom, które od państwa polskiego bierze ogromne pieniądze. To może otworzymy tą puszkę i przeprowadzimy taką debatę, tylko wtedy na rynku musiałoby się pojawić takie rzeczy, które mają właśnie ten potencjał, o którym my mówimy.
W tym fragmencie dr hab. Mariusz Jędrzejko wykonuje kolejny zwrot. Mówi: gdybyśmy mieli „tę historyczną marihuanę”, można by rozmawiać. Problemem jest jednak „silny produkt uzależniający”, który budzi niepokój. Po czym sam przyznaje, że czarny rynek uniemożliwia laboratoryjną kontrolę jakości, bo substancja jest nielegalna.
I tu pojawia się pierwsza sprzeczność.
Skoro czarny rynek produkuje silniejsze, niekontrolowane produkty, a państwo nie ma nad nimi nadzoru, to logicznym wnioskiem nie jest utrzymywanie zakazu, lecz stworzenie systemu regulacji i standaryzacji. Dr hab. Jędrzejko diagnozuje problem prohibicji, ale nie wyciąga z tej diagnozy konsekwencji.
Druga rzecz to pojęcie „historycznej marihuany”. To wygodna metafora, odwołująca się do rzekomo łagodniejszej przeszłości. Tyle że rynek nielegalny od dekad premiuje produkty mocniejsze, bardziej skoncentrowane i łatwiejsze w sprzedaży. Dodatkowo jest to naturalna konsekwencja postępu w genetyce roślin i technikach ich uprawy. Tego procesu nie da się zatrzymać. Można go co najwyżej regulować i ograniczać.
Wzrost średniego stężenia THC nie jest skutkiem legalizacji, lecz efektem braku regulacji i mechanizmów kontroli. Idealizowanie przeszłości przez Pana doktora nie rozwiązuje współczesnych realiów.
Trzecia kwestia to mówienie o „silnym produkcie uzależniającym”. Zaburzenia używania konopi istnieją i to jest niezaprzeczalny fakt. Jednak dane epidemiologiczne pokazują, że ryzyko uzależnienia jest istotne, ale nieporównywalne z nikotyną czy opioidami. Alarmistyczny język nie oddaje proporcji ryzyka.
Czwarty element jest szczególnie zaskakujący. Dr hab. Jędrzejko mówi o braku laboratoryjnie przebadanego źródła, wskazując na istnienie czarnego rynku. Tymczasem od 2019 roku w Polsce funkcjonuje medyczna marihuana jako standaryzowany surowiec farmaceutyczny, który jest badany, kontrolowany i wydawany na receptę. System dystrybucji istnieje, a produkt o określonym, powtarzalnym składzie jest dostępny w aptekach.
Trudno więc mówić o całkowitym braku kontroli, skoro w obszarze medycznym mechanizmy nadzoru już działają, a pacjenci od kilku lat korzystają z preparatów o wysokich stężeniach THC w ramach legalnego, regulowanego systemu.
Piąta kwestia to odwołanie do Krajowego Centrum Przeciwdziałania Uzależnieniom i „ogromnych pieniędzy” przeznaczanych na działania systemowe. Państwowe instytucje zajmujące się przeciwdziałaniem uzależnieniom funkcjonują w Polsce od ponad dwóch dekad. Jeśli mimo tego dostępność substancji pozostaje wysoka, a problem używania nie znika, warto zadać pytanie o skuteczność przyjętej strategii oraz adekwatność stosowanych narzędzi.
Nie negujemy faktu, że prowadzone są programy profilaktyczne i terapeutyczne. Jednak trudno wskazać przełomowe, mierzalne efekty w zakresie ograniczenia podaży czy popytu. Dane epidemiologiczne pokazują, że dostępność substancji pozostaje wysoka, a w niektórych grupach wiekowych obserwujemy wzrost używania.
Być może problem nie leży w samej obecności instytucji, lecz w modelu działania opartym głównie na restrykcji, a nie na regulacji, edukacji opartej na danych i realnej analizie rynku. Jeśli po ponad 20 latach obowiązywania ustawy podaż i popyt nie maleją, zasadne jest pytanie, czy stosowane narzędzia są adekwatne do rzeczywistości.
I wreszcie: „może otworzymy puszkę i przeprowadzimy debatę”. To zdanie brzmi jak zaproszenie do rozmowy – i bardzo dobrze. Niemniej jednak rozmowa ta powinna opierać się na danych i regulacjach, a nie na metaforach i nostalgii za „historyczną marihuaną”.
„Świat szaleństwa” i mityczne sklepy z narkotykami
Choć nie wiem, czy dałoby się to w świecie szaleństwa, kiedy wszystko musi być coraz mocniejsze, coraz szybsze zrobić. Ale też proszę zwrócić uwagę na to, że my mamy jeszcze drugi rynek. To jest rynek wyjątkowo niebezpieczny. Zachęcam kiedyś Pana do zaproszenia jakiegoś specjalisty i porozmawiania, co się oferuje polskim dzieciom na rynku substancji nielegalnych. Pooglądajcie sobie te sklepy, które sprzedają ten towar i zobaczy Pan, że tam nawet nie ma jednego słowa narkotyk.
W tym fragmencie dr hab. Jędrzejko znów operuje językiem emocji zamiast analizy. Mówi o „świecie szaleństwa”, w którym wszystko musi być coraz mocniejsze i coraz szybsze. To efektowna figura retoryczna, ale nie wyjaśnia ona mechanizmu zjawiska. Wzrost mocy substancji nie jest wynikiem kulturowej degeneracji, lecz konsekwencją działania nieuregulowanego rynku. Tam, gdzie obowiązuje zakaz, premiowane są produkty bardziej skoncentrowane i łatwiejsze w dystrybucji. Tak było w czasach prohibicji alkoholowej, gdy zamiast piwa dominowały wysokoprocentowe destylaty. Tak działa ekonomia, a nie „szaleństwo świata”.
Następnie pojawia się wątek „drugiego, wyjątkowo niebezpiecznego rynku”. Tu można się częściowo zgodzić, ponieważ rynek nowych substancji psychoaktywnych, zwłaszcza syntetycznych kannabinoidów, rzeczywiście bywał bardziej toksyczny niż naturalna marihuana. Dochodziło do zatruć i hospitalizacji, a nawet śmierci. Problem polega jednak na tym, że ten rynek powstał właśnie jako efekt prohibicji. Syntetyczne zamienniki pojawiły się dlatego, że klasyczne substancje były zakazane.
Kiedy dr hab. Jędrzejko mówi: „poglądajcie sobie te sklepy, które sprzedają ten towar i zobaczy pan, że tam nawet nie ma jednego słowa narkotyk”, powstaje pytanie o jakich sklepach mowa? Stacjonarne sklepy z dopalaczami w Polsce praktycznie zniknęły po zmianach legislacyjnych z lat 2015–2018. Rynek został zepchnięty do internetu i podziemia. Jeśli więc mówimy o „sklepach”, to albo operujemy obrazem sprzed dekady, albo używamy skrótu myślowego. Brak słowa „narkotyk” nie jest dowodem na społeczne przyzwolenie, lecz klasycznym mechanizmem omijania prawa. Tak działa każdy nielegalny lub półlegalny rynek, który maskuje produkt, zmienia etykietę, posługuje się językiem zastępczym. Gdyby rynek był uregulowany, na opakowaniach znajdowałyby się jasne informacje o składzie, mocy i ryzyku. W czasach „dopalaczy” sprzedawanych jako „sole do kąpieli” czy „produkty kolekcjonerskie” właśnie z takim zjawiskiem mieliśmy do czynienia – z próbą obejścia niejasnych przepisów, a nie z transparentnością.
W tym fragmencie pojawia się także subtelne mieszanie kategorii – naturalna marihuana, syntetyczne kannabinoidy, dopalacze i ogólnie pojęty czarny rynek zaczynają funkcjonować jako jedno zagrożenie. Tymczasem to różne zjawiska o różnym profilu ryzyka. Naturalne konopie mają znany profil działania i wieloletnie badania. Syntetyczne kannabinoidy działają często silniej i bardziej nieprzewidywalnie i są słabiej zbadane. Łączenie ich w jedną narrację buduje emocjonalne wrażenie wspólnego zagrożenia, choć analitycznie są to odrębne problemy.
Najważniejsza sprzeczność polega jednak na tym, że opisując niebezpieczny, ukryty rynek, dr hab. Jędrzejko nie wyciąga logicznego wniosku. Skoro rynek jest niekontrolowany, skoro maskuje swoje produkty, skoro sprzedaje substancje o nieznanym składzie, to problemem nie jest regulacja, lecz jej brak. Zakaz nie usuwa podaży, tylko zmienia jej formę i przenosi ją w mniej bezpieczne obszary.
Nie, są substancje, które są niedozwolone, a zalały nasz rynek. Kiedyś Przykład? No, wszystkie katynony. czyli mefedron, tak zwany mocarz. Oczywiście jest nielegalne, tylko chodzi o to, że kiedyś, jak obserwowaliśmy start ludzi do narkotyków, to był start między szesnastym a dwudziestym rokiem życia. A dzisiaj my mamy starty przesunięte dwa, trzy lata do tyłu. I mamy starty nie od marihuany, tylko mamy starty na przykład od mefedronu. Ja coraz częściej spotykam pacjentów, którzy startują z tak wysokiego poziomu substancji sto razy silniejszej od marihuany. To właśnie są te NSP. Ale jak wchodzimy na te strony, którymi tam handlują, gdzie żaden problem, to widzimy tak, nie sprzedajecie narkotyku. Sprzedam ci pralkę, która tak wypierze twój łeb, że będziesz pamiętał to do końca życia. Albo zapraszamy na spotkanie ze Śnieżynką albo z wujkiem Władzią. No wujek Władzio, to może być coś fajnego, nie? Albo wszystkie inne rzeczy, nie? Pinky, tak? Co to jest pinky? Nie jest napisane drugs, a nie narkotyk, tylko jest napisane pinky, nie? Mam fajne pinky, a obok jest napisane. Jak to zażyć? co zrobić, jakby coś ci się działo, ale też jak osiągnąć ekstremalne wyniki. Tylko ten, który to publikuje, nie bierze odpowiedzialności za trwałe zmiany w ośrodkowym układzie nerwowym, w mózgu. On nie bierze odpowiedzialności za ryzyko śmierci.
W tym fragmencie dr hab. Jędrzejko porusza realny problem nowych substancji psychoaktywnych, jednak łączy trafne obserwacje z retorycznym przerysowaniem. Mówi o substancjach, które „zalały rynek”, przywołując katynony i mefedron, przy okazji utożsamiając „Mocarza” z mefedronem – choć w rzeczywistości „Mocarz” był produktem zawierającym syntetyczne kannabinoidy, a nie katynonem. To nie jest drobny niuans, lecz różnica między odmiennymi klasami substancji.
Rzeczywiście, dekadę temu Polska była jednym z głównych rynków dopalaczy w Europie. Dziś nie funkcjonują już jawne sklepy stacjonarne, a handel został zepchnięty do internetu i podziemia. Nie oznacza to jednak, że problem zniknął – dane o zatruciach pokazują, że rynek NSP (Nowe Substancje Psychoaktywne) wciąż istnieje i ewoluuje. Dlatego tak ważne jest precyzyjne rozróżnianie kontekstu historycznego od obecnych realiów, zamiast operowania ogólnymi hasłami o „zalewaniu rynku”.
Dalej pojawia się teza o przesunięciu wieku inicjacji o dwa–trzy lata w dół oraz o tym, że młodzież startuje „nie od marihuany, tylko od mefedronu”. To twierdzenia wymagające twardych danych populacyjnych. W większości badań europejskich marihuana nadal pozostaje najczęściej pierwszą nielegalną substancją, a nowe substancje psychoaktywne częściej pojawiają się u osób już eksperymentujących.
Oczywiście, należy uwzględnić fakt, że kilkanaście lat temu mefedronu po prostu nie było na rynku. Naturalne więc, że wraz z pojawieniem się nowych substancji część młodych ludzi może mieć z nimi kontakt wcześniej niż dawniej. To jednak nie oznacza automatycznie systemowego przesunięcia wieku inicjacji w całej populacji. Obserwacje kliniczne z grup wysokiego ryzyka nie są tożsame z trendem ogólnokrajowym i wymagają potwierdzenia w badaniach epidemiologicznych.
Opis marketingu pod nazwami typu „pinky” czy „wujek Władzio” trafnie pokazuje mechanizm maskowania produktów. Nie jest to jednak dowód na społeczne przyzwolenie, lecz klasyczny sposób omijania prawa przez czarny rynek oraz cyniczna próba zachęcania do sięgania po te substancje. Każdy nielegalny handel ukrywa towar pod inną etykietą, by uniknąć odpowiedzialności. A brak odpowiedzialności sprzedawców za skutki zdrowotne jest konsekwencją działania poza systemem regulacji i kontroli.
W efekcie dr hab. Jędrzejko opisuje realne zagrożenia, ale nie analizuje ich przyczyn systemowych. Zamiast rozmowy o skuteczności polityki narkotykowej i mechanizmach regulacyjnych, otrzymujemy alarmistyczną narrację o „świecie szaleństwa”. Doktor stawia diagnozy budujące emocje, które nie prowadzą do spójnych wniosków.
Dalej rozmowa robi się równie ciekawa, choć już nie dotyczy bezpośrednio konopi i regulacji prawnych. Dr hab. Jędrzejko przywołuje metody wychowawcze swojego ojca – oparte na publicznym zawstydzaniu – jako przykład skutecznej reakcji na pierwszego papierosa. To dość kontrowersyjny model, który dziś w psychologii raczej budzi pytania niż zachwyt. A co najciekawsze, w tej samej rozmowie Cyprian sam przyznaje, że pierwszego papierosa spróbował w wieku dwunastu lat, co podważa wcześniejszą tezę doktora o tym, że „kiedyś zaczynało się między piętnastym a dwudziestym rokiem życia”. Własna narracja rozmówcy pokazuje, że rzeczywistość bywa bardziej złożona niż publicystyczne uproszczenia.
Im dalej w tę rozmowę, tym wyraźniej widać pewien schemat: dużo anegdot, dużo emocji, niewiele twardych danych. A w debacie o konopiach potrzeba właśnie precyzji, badań i chłodnej analizy, nie moralnych opowieści z dzieciństwa. I to jest zasadniczy problem nie to, że dr hab. Jędrzejko zabiera głos, lecz to, że w sprawach wymagających rzetelnej wiedzy operuje uproszczeniami, które bardziej podgrzewają emocje, niż wyjaśniają rzeczywistość.
- Polskie wyroki a światowa nauka – kto ma rację w sprawie THC? - 13 lutego 2026
- Ewolucja narracji dr hab. Mariusza Jędrzejko część 2 - 13 lutego 2026
- Ewolucja narracji dr hab. Mariusza Jędrzejki część 1. - 12 lutego 2026







