Od „nie ma leczniczej marihuany” do „może słaba byłaby do zaakceptowania”
W 2012 roku napisaliśmy do prof. Mariusza Jędrzejki list otwarty. Dr Mateusz Klinowski napisał o nim krytyczny tekst Herosi Polskiej Nałki i narkofobii: Mariusz Jędrzejko. Powodem były jego publiczne wypowiedzi jako eksperta – tezy, które w naszej ocenie upraszczały rzeczywistość i utrudniały rzeczową debatę o konopiach. Dziś, po ponad dekadzie, warto wrócić do tamtych słów i zestawić je z tym, co mówi obecnie – choćby w niedawnym podcaście (od 1:15:56) u Cypriana Majchera. Zmiana narracji jest widoczna. Można wręcz powiedzieć, że w jego przypadku jest znacząca, jednak wciąż bardzo daleka od pełnego uwzględnienia aktualnej wiedzy naukowej.
Poniżej przedstawiamy cytaty pana profesora z podcastu, z którymi wchodzimy w polemikę i rozkładamy je na czynniki pierwsze. Niektóre z nich są naprawdę rozbrajające. W przypadku jednego z poniższych stwierdzeń można by wręcz napisać osobną pracę doktorską.
„Nie ma leczniczej marihuany. To jest jedno z wielkich łgarstw nakręconych milionowymi przekazami. Otóż lecznicze są kannabinoidy. Konopie indyjskie, bo nie marihuana, tylko konopie indyjskie, zawierają ich kilkadziesiąt.„
Kannabinoidy – takie jak THC czy CBD – znajdują się przede wszystkim w kwiatach żeńskich roślin konopi indyjskich. Do tej pory nauka odkryła i opisała 111, a nie jak mówi profesor kilkadziesiąt. To właśnie te wysuszone kwiatostany konopi indyjskich potocznie nazywa się marihuaną. Stwierdzenie, że „kannabinoidy są w konopiach, a nie w marihuanie” jest biologicznie bez sensu. To tak, jakby powiedzieć, że kofeina jest w kawowcu, ale nie w kawie albo, że mak zawiera morfinę, ale nie opium.
Owszem – kannabinoidy są w roślinie. Natomiast inne części rośliny zawierają śladowe ilości substancji czynnych i nie mają zastosowania terapeutycznego., dlatego do celów medycznych wykorzystuje się właśnie standaryzowane kwiaty lub ekstrakty z kwiatów. W medycynie nie wykorzystuje się łodyg, włókien czy nasion.
Skąd wzięło się pojęcie „medyczna marihuana”.
Po pierwsze, nie jest to marketingowy wymysł napędzany „milionowymi zasięgami”. Termin „medyczna marihuana” pojawił się w debacie publicznej właśnie dlatego, że przez lata każda rozmowa o konopiach była sprowadzana wyłącznie do używania rekreacyjnego.
Gdy mówiono o terapii bólu, padaczce lekoopornej czy spastyczności w stwardnieniu rozsianym, dyskusja bardzo często schodziła do poziomu – „chcecie palić dla przyjemności”. Wątek medyczny był ignorowany, a rozmowa kończyła się moralizowaniem o „ćpunach” i „degeneracji młodzieży”.
Dlatego potrzebne było wyraźne rozróżnienie pokazujące, że używanie rekreacyjne nie jest tożsame z zastosowaniem terapeutycznym. Co więcej, termin „medyczna marihuana” funkcjonuje również w języku medycznym i prawnym, który jest formalnie dopuszczony w wielu krajach.
Owszem, marihuana jako kwiatostan konopi indyjskich jest jeden – niezależnie od tego, czy jest używana rekreacyjnie, czy w celach medycznych. Istnieją jednak istotne różnice w kontekście jej zastosowania. „Medyczną marihuanę” charakteryzuje to, że jest kontrolowanym i standaryzowanym surowcem farmaceutycznym, wydawanym na receptę i stosowanym pod nadzorem lekarza. Skrót myślowy ukrywający się za pojęciem „marihuana rekreacyjna” nie ma tych cech.
Twierdzenie, że „medyczna marihuana to łgarstwo”, jest więc emocjonalne i konfrontacyjne, a nie naukowe. Taki język nie przystoi profesorowi występującemu w roli eksperta.
Nie pozwalając dokończyć pytania rozmówcy, profesor wypowiada te słowa i próbuje przesunąć debatę z poziomu: „marihuana może mieć zastosowanie medyczne” na poziom: „wyłącznie wyizolowane cząsteczki mogą mieć zastosowanie medyczne”. Problem polega na tym, że w medycynie od dawna funkcjonują leki roślinne i nie wszystko musi być pojedynczą, wyizolowaną substancją chemiczną.
Co więcej, coraz więcej badań wskazuje, że kannabinoidy wykazują działanie synergiczne – najlepiej współpracują ze sobą, gdy występują razem, a nie w izolacji.
Argumentacja, zgodnie z którą roślina nie może być lekiem, a lekiem może być wyłącznie wyizolowana cząsteczka, jest charakterystyczna dla starszej, prohibicyjnej linii myślenia.
Podsumowując, profesor posługuje się definicją, która pozwala mu twierdzić, że coś nie istnieje, mimo że funkcjonuje w systemach prawnych i medycznych wielu państw.
„Kilka z nich (przyp. red. Kannabinoidów) rzeczywiście ma znaczenie terapeutyczne, ale one muszą być zlecane przez lekarzy w diagnozie face to face, a nie online. i muszą być stosowane bezwzględnie pod nadzorem. I te kanabinoidy wtedy mają charakter terapeutyczny, bardzo często podawany, jeszcze dodatkowo z lekami.„
W tym fragmencie profesor wyraźnie zawęża terapię do bardzo określonych ram i przyznaje, że niektóre kannabinoidy mają znaczenie terapeutyczne. To istotna zmiana względem jego wcześniejszych wypowiedzi sprzed lat, w których często podważał medyczne zastosowanie konopi jako takich.
Dziś spór nie dotyczy już samego istnienia terapii, lecz modelu jej prowadzenia. Profesor przesuwa ciężar argumentacji z pytania „czy to działa” na pytanie „w jakich warunkach powinno być stosowane”.
Problem polega jednak na tym, że charakter terapeutyczny substancji nie zależy od formy udzielenia świadczenia medycznego – czy recepta została wystawiona podczas wizyty stacjonarnej, czy teleporady, lecz od jej właściwości farmakologicznych oraz wskazań klinicznych.
„A jeśli mówimy o legalizacji marihuany, to jest to tak. Gdybyśmy mieli na rynku marihuanę, czyli produkt zawierający trzy do pięciu procent THC, to być może, że ja byłbym za legalizacją tej marihuany. Ale jest takie niezwykłe urządzenie, które nazywa się spektrometr. Dzisiaj można kupić sobie go, ten mniejszy, za kilka tysięcy dolarów. I jeśli ja widzę na tym spektrometrze, że towar, który tam badamy, ma dwadzieścia albo dwadzieścia sześć procent THC, to co to znaczy? Że ja kupuję jednego jointa, W głowę mam wprasowane, że to jest lekki narkotyk albo on nie jest niebezpieczny, ale tak naprawdę to za jednym razem palę sześć jointów od razu.„
W tym fragmencie profesor dopuszcza możliwość legalizacji, ale wyłącznie pod warunkiem bardzo niskiego stężenia THC – na poziomie 3–5%. Biorąc pod uwagę, że przez całe swoje medialne życie konsekwentnie negował legalizację marihuany, można by uznać to za znaczącą zmianę stanowiska. Zmianę, która na pierwszy rzut oka wydaje się przełomowa. Jest ona jednak w dużej mierze pozorna, o czym przekonujemy się chwilę później.
Profesor buduje bowiem dramatyczną narrację, według której marihuana o mocy 20–26% oznacza, że „za jednym razem palimy sześć jointów”. To efektowne porównanie, ale oparte na uproszczonej matematyce, a nie na farmakologii. Stężenie THC nie przekłada się liniowo na ilość przyjętej substancji – użytkownicy dostosowują dawkę do mocy produktu, a rzeczywista ilość THC zależy od wielu czynników: masy suszu, sposobu konsumpcji, liczby zaciągnięć czy tolerancji organizmu.
Wzrost średnich poziomów THC w ostatnich dekadach jest faktem i wymaga edukacji oraz regulacji. Paradoks polega jednak na tym, że to właśnie regulowany rynek pozwala oznaczać moc, wprowadzać limity i budować świadomość dawkowania – czego nie oferuje rynek nielegalny. Warunek „3–5% THC” opiera się natomiast na wyidealizowanym obrazie przeszłości i w praktyce oznaczałby bardzo słabe odmiany, wymagające znacznie większej ilości materiału do osiągnięcia efektu. To mogłoby prowadzić do intensywniejszego narażenia dróg oddechowych na dym i wysoką temperaturę, co wcale nie musi oznaczać mniejszego ryzyka zdrowotnego niż świadome, kontrolowane dawkowanie produktu o wyższej mocy.
Świadomość, odpowiedzialne dawkowanie i realna kontrola jakości mogą zaistnieć poprzez edukację i regulację. Na czarnym rynku nie istnieją ani standardy, ani rzetelna informacja o mocy. W efekcie zamiast rzetelnej analizy zależności między stężeniem a dawką otrzymujemy retoryczną metaforę, która ma wywołać wrażenie zagrożenia większego, niż wynika to z samego procentu na etykiecie.
„I my później się dziwimy, że te dzieci zauważają, że mają problemy z motywacją. Przecież THC w pierwszej kolejności zaburza ośrodek motywacyjny. To dzieci, już mówimy o nastolatkach bardziej, prawda? O, zaraz, dwanaście lat i ja już się spotkałem z dwunastolatkami, którzy są podświadczeni. Tak, ja się spotkałem już z trzynastoletnią, tak głęboką narkomanką, która ma za sobą kilkaset Trzynastoletnią narkomanką? Czternastoletnią, która zaczęła palić w wieku trzynastu lat i doszła do etapu palenia codziennie. Nie była w stanie wytrzymać tego. I codziennie wydawała ponad dwadzieścia złotych, ale ponieważ rodzice majątni, to zawsze wiedziała, jak pieniądze zdobyć. To była dziewczynka, która się nie nadawała kompletnie do pracy ze mną, tylko do obecności w zamkniętym ośrodku leczenia osób uzależnionych.„
Profesor przywołuje historię trzynastoletniej dziewczynki, która paliła codziennie i wymagała zamkniętego ośrodka leczenia. Opowieść jest dramatyczna. I właśnie o to w niej chodzi. To klasyczny zabieg. Podać skrajny przykład, który ma stać się dowodem w debacie systemowej. Problem w tym, że pojedynczy, nawet bardzo poważny przypadek kliniczny nie rozstrzyga polityki narkotykowej państwa. Legalizacja nie jest projektem dla dwunastolatków – tak samo jak regulacja alkoholu nie jest skierowana do dzieci. Używanie historii nieletnich jako argumentu przeciw regulacji rynku dla dorosłych to przesunięcie dyskusji z poziomu danych na poziom emocji.
Kiedy profesor mówi, że „THC w pierwszej kolejności zaburza ośrodek motywacyjny”, upraszcza złożony temat. Owszem, intensywne i wczesne używanie THC może wiązać się z problemami poznawczymi i motywacyjnymi. To fakt. Ale nie istnieje prosty, automatyczny mechanizm, w którym każda ekspozycja prowadzi do „zaburzenia ośrodka motywacyjnego”. Literatura naukowa jest bardziej ostrożna niż medialne skróty.
Profesor ma rację w jednym. Używanie THC w wieku 12–14 lat to realne ryzyko. Tyle że to nie jest argument przeciw regulacji dla dorosłych. W krajach, które zalegalizowały marihuanę, wprowadzono limity wieku, system kontroli sprzedaży i kampanie edukacyjne. Na rynku nielegalnym takich mechanizmów nie ma. Sprzedawca nie pyta o dowód osobisty, nie ma limitów, nie ma odpowiedzialności. Paradoksalnie to właśnie brak regulacji tworzy przestrzeń większej dostępności dla nieletnich.
Opowieści o „głębokiej narkomance” działają na wyobraźnię, ale nie zastępują danych epidemiologicznych. Debata o legalizacji dotyczy struktury rynku, kontroli jakości, ograniczeń wiekowych i redukcji szkód, a nie pojedynczych historii klinicznych. Jeśli budujemy politykę publiczną na emocjonalnych przykładach, zamiast na analizie populacyjnej, wpadamy w pułapkę moralnej paniki.
Najważniejsze pytanie brzmi więc inaczej. Czy istnienie problemu wśród młodzieży oznacza, że dorośli nie powinni mieć regulowanego dostępu? To dwie różne kwestie. Mieszanie ich w jednej narracji pozwala budować atmosferę zagrożenia, ale nie przybliża nas do racjonalnego rozwiązania.
I właśnie tutaj widać różnicę między rozmową o zdrowiu publicznym a retoryką strachu.
O autorze
Prof. dr hab. Mariusz Jędrzejko posiada szeroki dorobek wydawniczy jako autor książek i podręczników poświęconych uzależnieniom, zachowaniom ryzykownym oraz profilaktyce społecznej w edukacji. W naszej ocenie publikacje te mają przede wszystkim charakter popularyzatorski i publicystyczny, a w mniejszym stopniu opierają się na empirycznych badaniach naukowych.
Jego prace są wykorzystywane w praktyce edukacyjnej, jednak nie funkcjonuje on jako autor licznych artykułów badawczych publikowanych w wysoko punktowanych czasopismach medycznych czy farmakologicznych.
W kontekście debaty o medycznej marihuanie jego wypowiedzi często wykraczają poza obszar, w którym posiada bezpośrednie, specjalistyczne zaplecze badawcze.
- Ewolucja narracji prof. Mariusza Jędrzejki część 1. - 12 lutego 2026
- THC a wiek: co szkodzi młodym, może pomagać dorosłym - 11 lutego 2026
- Spotkanie z MSWiA. Nadszedł czas na odpowiedzialność, a nie kolejne tragedie - 10 lutego 2026






